w trakcie pobytu w USA (legalnego, uczestnicze w konferencji) przytrafil mi sie
przykry wypadek, a mianowicie zostalem potracony przez samochod w momencie
przechodzenia przez jezdnie. Uscisle, ze przechodzilem w miejscu dozwolonym,
mialem zielone swiatlo (tzn biale swiatlo, taka tutaj jest nomenklatura). Co
prawda samochod nie jechal zbyt szybko, z ustalen policji wynika ze ok 20 mil/h
jednak impetem rozbilem przednia szybe i dosyc mocno sie poobijalem. Oczywiscie
natychmiast zjawila sie policja, pogotowie, potem szpital (wenflon, plyny
fizjologiczne, RTG, EKG, tomografia). Szczesliwie okazalo sie ze poza
stluczeniami, bolesnymi i licznymi otarciami nie odnioslem obrazen wewnetrznych
i po 4 godzinach zostalem wypisany ze szpitala.
Tyle tytulem wprowadzenia, teraz pytanie:
znajac sprawce (policja ma namiary), majac niezbite dowody i zeznania swiadkow
ze wina lezala po stronie kierowcy (zreszta to z jej ubezpieczenia pokryte
zostaly koszty leczenia na tzw Traumie - izba przyjec tylko dla ofiar groznych
lub tylko groznie jak w moim przypadku (wybita szyba) wygladajacych wypadkow )
czy moge sie starac o jakiekolwiek odszkodowanie?
Nie pytam tu o odszkodowanie z mojej polisy, tylko od sprawcy wypadku.
Dodatkowo uszkodzeniu ulegl laptop, ktory mialem przy sobie w czasie wypadku
Czy szukac prawnika na miejscu (za kilka dni wracam do kraju) czy zabrac
wszystkie dokumenty jakie mam (ze szpitala i policji) i reszte zalatwiac w
kraju?
Czy ktos z Was spotkal sie z podobnym przypadkiem?
Czy ktos z Was moze polecic kancelarie adwokacka zajmujaca sie takimi sprawami w
San Diego California lub w Warszawie?
Bede wdzieczny za kazda rade,
pozdrawiam serdecznie
Grzegorz
W Polsce.
Dwa przypadki z ostatniech kilku miesięcy.
Jeden - 68 lat zaawansowana astma, nawracajace zapalenia płuc, zabawa
- dwa tygodnie w szpitalu, dwa tygodnie w domu. Po kilku takich
"rundkach" - "proszę nie przywozic więcej do szpitala - nic nie
możemy juz zrobić, prosze zakupić aparat tlenowy".Opieka w domu przy
takiej chorobie to absurd - odsysanie wydzieliny, dotlenianie -
nikogo nie stać na całodobową, płatną (sic!) opiekę specjalisty.W
koncu znajdujemy płatny (!) dom opieki, który zatrudnia pielegniarkę
specjalizujaca się w chorobach płuc. W nim doczekuje smierci.
Drugi - rak kosci (zaatakowany kręgosłup),stan juz taki, że nie
wstaje z łóżka, jest jak zapałeczka - jeden ruch i złamiesz. Plastry
przeciwbólowe zmieniane kilka godzin. Pomaga hospicjum, także, a może
zwłaszcza, wspiera psychicznie. Przyplątuje sie przeziębienie.
Szpital, izba przyjęć - nawet nie przyjmują na oddział ("bo stan
beznadziejny, a tu łóżka potrzebne"), powrót do domu - po kilku
dniach sepsa.
To przyklad zlego rozumienia roli szpitala, szpital jest miejscem do
leczenia ludzi a nie do umierania.
Chorzy paliatywni nie powinni lezec razm z przycyzn, o ktorych nie bede
tu mowil ...
Powinni zostac skierowanie do specajalistycznych osrodkow jak hospicja,
domy pomocy i opieki, rowniez finansowane przez NFZ
Gdzie beda mieli oprocz normalnej opieki pomoc psychlogoa, ksiedza i
bliskich..*
Jednak znowu, ktos przespal i nie zauwazyl zmian zachodzacych w
spoleczenstwie
Jeszcze do niedawna na zasadzie odbicia byly tworzone odzialy
pediatryczne, ginekologiczne....
Teraz sa zamykane i przekszlataclene w klijniki rehabilitacji, opieki
paliatynej...
Pojawiaja sie lekarze specjalisci w medycnie paliatywnej...
Bedzie lepiej
A co do tego, ze musialas placic, na niektore rzeczy panstwa nie stac i
nigdy nie bedzie
Dlatego trzeba przestac mydlic oczy spoleczenstwu, ze wszystko im sie
nalezy
Najgorsze jest to ze najwiecej krzycza Moon I Gabi, ktorzy jak nie maja
o tym pojecia
Ja jestem zwolnnikiem tzw koszyka swiadczen ale to inny temat...
Pomimo państwowej słuzby zdrowia -
Ochrony zdrowia...
ludzie umierają "pod płotem".
Duze naduzycie to raz a dwa pomysl rowniez o swiadczeniach posrednich
Plastry z fenatylem, heparyna to wszystko tez kosztuje, chodzy paliatwyni
maja to za darmo...
k2
*PS Nie wiem jakie to bylo stadium zawansowania i w ogole ale jedna z zasad
leczenia paliatywnego jest zaniechanie leczenia tylko usniezanie bolu.
no to proszę...
"W tym czasie przyjęli na oddział dwie babcie mniej
więcej osiemdziesięcioletnie, bez kontaktu, na oko tuż przed śmiercią, a
mnie powiedzieli - owszem, wady są ale nie ma ryzyka zagrożenia życia,
może
się pani leczyć ambulatoryjnie"
więc o co chodzi z tymi babciami?
napisałaś o nich tak dla kolorytu?
bo lubisz babcie, nie?
Kaziu, Kaziu, nieładnie!
jesteś umoczonym ogniwem.
zenujące tłumaczyć takiemu staremu dziadowi jak ty, ale poswiece sie
to jest fragment do ktorego sie odniosłam:
"psychicznie. Przyplątuje sie przeziębienie. Szpital, izba przyjęć - nawet
nie
przyjmują na oddział ("bo stan beznadziejny, a tu łóżka potrzebne"),
powrót
do domu"
I moja odpowiedz:
"Dla kogo są więc te łóżka potrzebne????
Bo ja miałam osobiście wprost przeciwny przypadek - skierowanie na
kardiologię ze zdiagnozowanymi (własnym sumptem!) dwoma wadami serca. Dwie
godziny na izbie przyjęć. W tym czasie przyjęli na oddział dwie babcie mniej
więcej osiemdziesięcioletnie, bez kontaktu, na oko tuż przed śmiercią, a
mnie powiedzieli - owszem, wady są ale nie ma ryzyka zagrożenia życia, może
się pani leczyć ambulatoryjnie (jak wygląda leczenie ambulatoryjne chyba nie
muszę pisać) i won do domu!"
i:
1.MM znała przypadek gdzie nieuczalnie choremu odmówiono pomocy
2. ja miałam przypadek, gdzie dwie babcie na oko w stanie agonalnym,
przyjęto na kardiologię'
3. mnie nie przyjęto bo nie było bezposredniego zagrozenia zycia
pytanie: Dla kogo są więc te łóżka potrzebne????
-w jednych szpitalach nie przyjmują osob w stanach terminalnych, wyjaśniał
to Kibek czemu
-w innych szpitalach przyjmuja osoby w stanach terminalnych, a nie przyjmują
osób w srednim wieku, z diagnoza choroby serca, które powinny jeszcze pożyć
więc pytanie Dla kogo są więc te łóżka potrzebne????
jest jak najbardziej zasadne
i dalej
nie wartościując czyje życie jest więcej warte zazwyczaj wiecej starania
przykłada się do leczenia osób w młodych i w sile wieku, niż do osób które
mają osiemdziesiątkę, 5 poważnych chorób, i wiadomo, ze nie mają już 40 lat
do przeżycia przed sobą.
Niech ci Kibek to potwierdzi. Tak po prostu jest.
I wypierdalaj z insynuacjami, ze zyczyłam babciom śmierci na podjeździe pod
szpitalem, bo ja jestem piękna i młoda. Nie. Nie przypisuj mi swoich
ktretyńsko radykalnych pomysłów. I to, ze nie życzyłam im tego nie znaczy,
ze nie mam jaj, nie będę się przyznawała do rzeczy których nie czułam i nie
pomyślałam. Te kobiety nadawały się bardziej do opieki paliatywnej, Kibek to
wyjaśniał MM, a ty se wrzuc w google to sie dowiesz co to jest, niż do
przyjęcia na oddział kardiologiczny. Takim osobom już się zastawek nie
przeszczepia, w ogóle się już ich nie otwiera. Mozesz się zżymać na to ale
tak jest.
Rozumiem, ze sądzisz że zblizasz się do wieku starczego, wcześniej niż twoi
równolatkowie, więc twoimi histerycznym odpowiedziami na mojego posta
zawiaduje paniczny lęk, ze zamiast ciebie do szpitala przyjma jakiegoś
dziarskiego czterdziestolatka po pierwszym zawale, a ciebie wsuną za parawan
na korytarzu albo odeślą do domu z trzema plastrami przeciwbólowymi... Ależ
przecież Mooni, jestes tak nieprzytomnie bogaty, ze jak zachorujesz to se
kupisz całą klinikę, kardiologiczną, onkologiczną czy proktologiczną, w
zależności co ci tam bedzie doskwierać, i gdzie ci cycate dwudziestoletnie
pielegniarki bedą podawać obiad z cateringu z najdroższej restauracji i z
lubieżnym uśmiechem wsuwać będą tego zwiędłego króliczka w kaczkę,
pochylajac się dla osłody, zatem nie przejmuj się tak...
A teraz mozesz się już odpierdolić! ;P
dzień pierwszy, (środa): po rocznym oczekiwaniu na przydział miejsca, zgłaszam
się
na oddział rehabilitacyjny o ósmej rano. czekam godzinę do otwarcia izby przyjęć.
pani, bardziej niż w średnim wieku, o twarzy pooranej siecią zmarszczek, zjawia się
kilka minut po 9-tej, i zaraz wychodzi, bez poinformowania, kiedy zostanę przyjęta.
ale to nic, mam czas - myślę, nie tracąc spokoju. w końcu czekałam na to miejsce rok,
więc jeszcze godzinę, dwie - cóż za różnica?
w międzyczasie przychodzą inni pacjenci, więc na ich zdziwione pytania, dlaczego
nie ma nikogo, odpowiadam, że pani była, ale wyszła i pewnie niebawem wróci. po
godzinie, może półtorej pani z izby przyjęć wraca i otwiera pokój przyjęć. młoda
osoba, bardzo zdenerwowana, ostrym tonem zwraca jej uwagę, że skoro na tabliczce
widnieje informacja, iż izba przyjęć jest czynna od godziny 9-tej, to pani powinna
przyjmować interesantów od godziny 9-tej. pani tłumaczy, że to nie jest jej jedyne
zajęcie i najpierw musiała pozałatwiać inne sprawy. zaprasza zdenerwowaną dziewczynę
do środka. jeszcze dwie, trzy osoby korzystając z zamieszania wchodzą bez kolejki
przede mną, ale ja wspaniałomyślnie nie tracę spokoju. w końcu co tam, czekałam rok
poczekam i te dwie, trzy godziny - cóż za różnica?;-)
faktycznie około godziny 11 - podpisuję mnóstwo papierków, oddaję całą informację
o przebiegu dotychczasowego leczenia i zostaję przyjęta na oddział. jeszcze przez dwie
godziny czekam na korytarzu na zwolnienie miejsca w pokoju i wreszcie z całym
ekwipunkiem ląduję w trzyosobowym pokoju ( i tak mam szczęście - mogłam znaleźć się
na sali 6-cio osobowej).
przyglądam się jak pan "dezynfekuje" łóżko mokrą szmatką, wyjaśniając, że właśnie
zabrakło preparatu w aerozolu służącego do tych celów. na domiar złego zabrakło również
pościeli i pani musi pożyczyć z innego oddziału jakąś sfatygowaną żółtą i poplamioną
dżersejową powłokę bez zapięcia. a już poduszka to kompletny niewypał, waży ze cztery
kilogramy, z olbrzymią plamą mokrego łoju, zajmującą 7/8 poduszki i zupełnie nie
chciała się dać upchać do zbyt małej poszewki.
ale to było naprawdę nic. i tak nie śpię na poduszkach, zawsze wożę ulubiony
wałeczek, przygotowana na takie jak powyżej ewentualności. koszmar miał się pojawić
wkrótce po zajęciu łóżka. otóż z powodu ciasnoty zazębiało się "tyłkami" z łóżkiem
sąsiadki. więc każdy jej ruch przenosił się na moje i odwrotnie. bujałam się, kiwałam,
podskakiwałam, drgałam przy każdym jej ruchu. to była bardzo żywotna, energiczna,
starsza pani. wstawała już o piątej rano i przez godzinę niczym wielki włochaty
chrabąszcz szeleściła foliowymi torebkami; coś odwijała, przekładała, jadła, siorbała,
znów zawijała, potem siadała i długo masowała ramiona, nogi stękając i kiwając się
w tył i w przód - do tyłu - do przodu. zrozumiałam więc, że codziennie już o godzinie
piątej będę mieć pobudkę.
nie było lepiej wieczorami. pokoje pootwierane na korytarz, czy to z powodu
niechęci starszych ludzi do otwierania okien, a może z powodu zwykłej ciekawości, aby
obserwować wszystko co dzieje się na korytarzu, nie pozwalały na żadną intymność.
nawet po godzinie 22-ej nie milkły głośne rozmowy i na nic zdało się zamknięcie naszego
pokoju; głośne rozmowy, śmiechy docierały potęgowane ciszą, nasilały się nie pozwalając
na wypoczynek ani na zaśnięcie. i tak miało być aż do końca mojego pobytu. na domiar
złego zanim umilkły głosy z korytarza, staruszka zaczynała swój chrapany koncert,
wypełniając pokój najprzeróżniejszymi dźwiękami. nie było mowy o zaśnięciu.
po kilku bezsennych nocach, miałach ochotę płakać, krzyczeć a nawet gryźć.
dzień drugi, (czwartek):
spokojnie! ciąg dalszy nie nastąpi:-))
prowokacja czy nie ale obserwacje mozna calkiem ciekawe poczynic. Pisząc
o rzucaniu kamieniami mialem na mysli fakt ze chyba nie ma takiego co by
mial prawo jazdy dluzszy czas i nie dostal mandatu. WIec kazdy popelnil
kiedys jakies wykroczenie. I prosze mi tu nie mowic o roznym zagrozeniu
bo mozemy sobie gdybac kto zabije wiecej ludzi: czy ten na promilach
jadacy ostroznie (da sie tak) czy ten trzezwy co dostal mandat za 130 na
50-tce. Do czego zmierzam: za naruszenie prawa jest przewidziana kara,
najczesciej sa to jakies widełki i nawet nie negujac swojej winy mozna
sie starac o łagodny wymiar kary. kazdy ma prawo do obrony, nawet ten
winny (domniemanie niewinnosci nie ma tu racji bytu)
A koledzy zapalczywi od razu by wieszali. Prawo jest dla kazdego i nie
mozna go interpretowac w zaleznosci od wlasnych potrzeb.
Tylko, że jest różny stopień zagrożenia dla innych, popełniając różne
wykroczenia. Czy uważasz, że można postawić znak równości pomiędzy np.
mandatem za zatrzymanie w miejscu oznakowanym zakazem zatrzymywania, a
jazdą po pijanemu ? Dla przykładu kiedyś zdarzyło mi się, że
zaparkowałem na dość dużym parkingu, który znajdował się na całej
długości boku budynku szpitala. Nie zauważyłem tego znaku, ponieważ
był wymalowany na ścianie na wysokości ok. 3m i do tego zmyty przez
deszcze tak, że prawie nie był widoczny. Pech chciał, że to było pod
izbą przyjęć. Miejsce podjazdu karetek nie było oznakowane. Pomimo, że
zaparkowałem na samym końcu tego parkingu tak, aby nie zastawiać
podjazdu na izbę przyjęć to i tak pi*** z izby przyjęć poszła do
dyrektora. Ten zaś zadzwonił do kolesia na komendę główną policji. Z
komendy poszedł rozkaz na komisariat, który obsługiwał ten rejon.
Tam gdzie zaparkowałem stały 2 inne auta, przez co pomyślałem, że jest
to parking dla pacjentów. Ja zaś przywiozłem małżonkę w ciąży na
porodówkę do szpitala. Wróciłem do samochodu, a tam miły prezencik od
panów policjantów - zaproszenie na "dywanik" do komisariatu. Na
komisariacie policjanci przyznali mi rację, że nie powinienem zapłacić
tego mandatu, gdyż miejsce było źle oznakowane. Jednak stwierdzili, że
będę się musiał odwołać do kolegium. Stwierdzili, że oni nie mogą mi
tego sami podarować, ponieważ interweniowali na wniosek samego
dyrektora tego szpitala, który ma zbyt duże układy z ludźmi z komendy
głównej i najzwyczajniej boją się o swoje stołki.
No i teraz powiedz mi jak się ma takie wykroczenie do jazdy po
pijanemu ?
Nadmieniam, że nigdy w życiu nie zostałem i nie zostanę zatrzymany pod
wpływem alkoholu, ponieważ jak wypiję, choćby nawet 1 kieliszek to nie
wsiadam za kierownicę.
Jacek "Plumpi"
Karawan pogrzebowy wiozl cialo do innego miasta. Kierowca za szybko
przejezdzal przez przejazd kolejowy, tylne drzwi sie otworzyly,
ladunek wypadl na jezdnie. Trumna chwile sie poturlala, odpadlo wieko,
nieboszczyk wylecial, resztki trumny potoczyly sie w row. Cialo
zostalo na drodze.
Nadjezdzal samochod. Kierowca, zajety szukaniem w kieszeni dzwoniacego
telefonu, poczul dwa uderzenia. Zatrzymal auto, patrzy: trup.
Przejechany. Mysli "Jezus, Maria, zabilem czlowieka!". Szybkie
spojrzenie - jak okiem siegnac, nikogo. Raz-dwa przeciagnal "ofiare"
na pobliski przejazd kolejowy, poprawil nadlamany zderzak, wsiadl i
odjechal z piskiem opon.
Po torach toczyla sie lokomotywa. Zajety podziwianiem blekitu nieba
maszynista w ostatniej chwili przypomnial sobie, ze na trasie ma szose
z niestrzezonym przejazdem, i z przerazeniem zauwazyl lezacego na
torach czlowieka. Zakrecil wajha hamulca, lokomotywa z przerazliwym
zgrzytem stanela, niestety - zatrzymala sie juz za przejazdem.
Spanikowany kolejarz pomyslal tylko "Jezus, Maria, zabilem
czlowieka!". Nikogo nie bylo w okolicy - szczescie w nieszczesciu...
Wyplatal zdrowo juz zmasakrowane zwloki z ukladu jezdnego, i zaciagnal
w szumiace naokolo zboze.
Kombajnista z prawdziwa radoscia wykonywal tego dnia swa prace. Tym
wiekszy byl wiec jego szok, gdy po nawrocie w okolicy torow kolejowych
kabina kombajnu zostala zbombardowana wyrzucanym z systemu
ostrz czerwonym deszczem. "Co zacz?" pomyslal, wychodzac z kabiny po
zatrzymaniu urzadzenia, by z rosnaca panika zauwazyc lezace naokolo a
to reke, a to fragment nogi... "Jezus, Maria, zabilem czlowieka!".
Pewno jakis pijak zasnal w zbozu... Nikt na szczescie nie widzial
zdarzenia - kombajnista dokladnie pozbieral wszystkie co wieksze
czesci ciala, i calosc porzucil na szosie...
Jakies sto kilometrow dalej kierowca karawanu poczul w koncu hulajacy
po aucie przeciag, i zauwazyl otwarte tylne drzwi. Co gorsza, nie bylo
tez ladunku. Natychmiast zawrocil, i juz po trzech kwadransach
szalenczej jazdy wypadl zza zakretu na lezace na drodze szczatki.
Niestety, zatrzymac sie nie zdazyl, i uderzyl rozrzucajac fragmenty
nieboszczyka na sporym odcinku. Odnalazl resztki trumny, pozbieral co
bylo trzeba, wlozyl calosc do samochodu i zadzwonil do szefa. Opisal
problem i przyznal sie, ze w szalenczym pospiechu przejechal zgubione
wczesniej cialo, mocno je masakrujac, i doprowadzajac do stanu
niezdatnego do przekazania rodzinie zmarlego. Szef oddzwonil po
dziesieciu minutach: "Zajedz po drodze do szpitala w Sz. Pracuje tam
moj znajomy chirurg - pozszywa klienta w calosc".
Pod izba przyjec szczatki natychmiast przelozono na nosze, i zabrano
do sali operacyjnej. Kierowca karawanu poszedl na spacer, obejrzal
rynek, zjadl obiad, po czym ku swemu zdziwieniu dowiedzial sie w
szpitalnej recepcji, ze akcja wciaz trwa. No tak, troche roboty
bylo... Po dwoch godzinach praca wciaz nie byla jednak skonczona.
Po czterech tez nie...
Ani po pieciu...
Po siedmiu wciaz nie...
W dziesiatej godzinie z sali wyszedl lekarz w zakrwawionym kitlu, i
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
... rozkladajac szeroko rece krzyknal: BEDZIE ZYL!
Pozdrawiam,
Teo
Moja żona przyrządzając jakowąś potrawę sprytnie ustawiła metalową
rączkę od patelni nad palącym się palnikiem. Po czym tą rączkę złapała.
Efekty można sobie wyobrazić.
Początkowo próbowaliśmy sobie radzić sami (ręka do zimnej wody, pastylka
przeciwbólowa itp) ale gdy po jakichś dwóch godzinach niewiasta nadal
zwijała się z bólu, mówiła że jej słabo a ręka wyglądała paskudnie,
zdecydowałem się, że warto by poszukać jakowegoś lekarza. A była to
sobota, gdzieś 21.30.
Wpierw zadzwoniłem do "naszej" przychodni (Capricorn, reklamujące się
min. "prywatnym pogotowiem 24h na dobę"). Powiedziałem o co mi chodzi,
zadeklarowałem, że wydaje mi się, że pomoc powinienem otrzymać w ramach
ubezpieczenia z Kasy Chorych ale jeśli nie są w stanie zrobić tego w ten
sposób, to moge zapłacić. Wywołałem zauważalną konsternację. Pani w
końcu poprosiła mnie o telefon i powiedziała że oddzwoni za kilka minut.
Oddzwoniła. Powiedziała, że potrzebuję pomocy chirurga, że kontaktowała
się z ich chirurgiem ale ten nie może przyjechać i że radzi mi udać się
na izbę przyjęć do - naszego rejonowego - szpitala na Solcu.
Udaliśmy się zatem do szpitala na Solcu. A dokładniej do szpitali - bo
są tam dwa. Jeden był zamknięty na głucho (obeszliśmy go dookoła
poszukując jakiegoś otwartego wejścia - bez skutku). W drugim faktycznie
znajdowała się Izba Przyjęć ale siedząca tam pani zażądała ode mnie
skierowania od specjalisty, a na uwagę, że we właściwej dla mnie
przychodni, doradzono mi przyjazd tutaj, stwierdziła, że do szpitala bez
skierowania nie przyjmują i straciła zainteresowanie sprawą.
Na szczęście żonie spacer trochę pomógł, znaleźliśmy też całodobową
aptekę gdzie kupiłem losowo wybraną maść na oparzenia, gazę, bandaż itp
i - przypominając sobie zajęcia z PO - zrobiłem żonie opatrunek. W
niedzielę czuła się jeszcze mocno niewyraźnie, dzisiaj jest już trochę
lepiej (choć ręka nadal wygląda mocno nieprzyjemnie).
Wnioski mam dwojakie:
- ponieważ po spacerze żona czuła się lepiej niż przed nim, służba
zdrowia w pewnym sensie mi pomogła
- lepiej nie ulegać żadnym wypadkom, zwłaszcza drobniejszym.
Inny wniosek to:
- na ubezpieczenie zdrowotne ściągnięto ze mnie w tym roku .... złp
- próbowałem korzystać z pomocy lekarza trzy razy
- w lutym, gdy żona była chora - zanim udało się ustalić jakie
właściwie papiery, komu i skąd trzeba dostarczyć, sama się wykurowała
- w kwietniu, gdy poszedłem do dentysty - zrobiono mi plombę,
zapłaciłem 40 złp. za plombę (za robociznę zapłaciła Kasa Chorych), po
trzech dniach plomba wyleciała razem z kawałkiem zęba a ja poszedłem do
całkowicie prywatnego dentysty który za 120 złp. zrobił mi to porządnie
- w zeszłą sobotę, co opisuję wyżej.
PS (poważniej): czy komuś w podobnej sytuacji udało się skorzystać z
pomocy służby zdrowia? Jak to zrobił? Gdzie?
-- Marcin Kasperski Marcin.Kasperski<atsoftax.com.pl
-- marckasp<atfriko6.onet.pl
-- Moje poglądy są moimi poglądami, nikogo poza mną nie reprezentują.
-- (My opinions are just my opinions.)
Dzis mialem przyjemnosc byc obsluzonym przez lekarzy izby przyjec
szpitala rejonowego przy akademii medycznej w Gdansku. No coz ... jesli
kadra naukowa AG rowniez reprezentuje tak niski poziom to omijajcie to
miejsze z daleka :(
Jak kogos znudzi moj post to na poczatku napisze ze przyjmowal mnie
niejaki
Wojciech Marks. Wybaczcie jezyk ale skurwiela widzialem przez 10 minut. W
miedzyczasie latal szczesliwy po szpitalu (niby ostre przypadki) i zdazyl
nawet zjesc obiad. Mam nadzieje ze ktos zobaczy to jego nazwisko i mu
doniesie.
W czwartek radosnie wylecialem przez kierownice lamiac sobie obojczyk i
rozcinajac glowe. Znajac stan polskiej medycyny pojechalem taksowka do
domu
i nie denerwowalem lekarzy swoja wieczorna wizyta.
Wpiatek rano nie mogac samodzielnie dotrzec do szpitala zadzwonilem po
pogotowie myslac ze pomoga mi zalatwic sprawe w szpitalu. Jednak ku mojemu
zdziwieniu zostaslem odstawiony pod drzwi szpitala ... nawet nie zdazylem
sie pozegnac. Teraz z perspektywy uwazam ze powinienem byl troche
pokrzyczec
z bolu czy cos :)
Pani w izbie gdy uslyszala ze wypadek byl wczoraj oskarzyla mnie o to
ze
bylem pijany (pozostawie to bez komentarza). Inna w ramach zlosliwych
komentarzy stwierdzila ze powinienem byl sie wczoraj umyc. Oczywiscie
potraktowano mnie jak najbardziej rutynowo twierdzac ze bede mial klopoty
i
sam sobie jestem winien. Gdy spytalem czy moga dla mnie cos wiecej zrobic
... no coz bylo im przykro ... tak samo jak mi chcialo sie tanczyc.
Podobala mi sie dyskusja pani z pracowni rentgenologicznej z
pielegniarzem
na temat mojego zlamania. Musze przyznac ze ten ostatni poswiecil mi
najwiecej czasu ale starsi koledzy napewno go tego oducza.
Pan, ktory zakladal mi gips sadzac po tym jak odzywal sie do mnie (per
"ty") by wyksztalcenia budowlanego albo myslal ze jestem jakims menelem.
Jest godzina 2:30 gips jest wciaz mokry, ciezki i nie jestem w stanie ani
sie polozyc ani siedziec bo albo (gdy leze) odstaje mi pionowo reka i mam
wykrzywiony kregoslup albo (gdy siedze) opatrunek uciska mi bark tak ze
mnie
boli.
Po calym tym zamieszaniu zostalem poinformowany ze moge sobie juz isc.
Aha czekalem az lekarz dyzurny zje obiad zeby mogl mnie wypisac. Wychodzac
widzialem jak ekipa "ostrego dyzuru" pali sobie przed wejsciem papierosy.
Najdziwniejsze jest to ze nikt nie zapytal mnie (mimo ze pokazalem
pracownicza ksiazeczke ubezpieczeniowa) czy nie potrzebne mi jest
zwolnienie
lekarskie. A gdy poprosilem o pomoc w dostaniu sie spowrotem do domu ...
"Tam jest elefon".
Zachowywalem sie jak najbardziej milo i spokojnie ... to byl blad bo
zostalem potraktowany tak jak zaslugiwalem czyli centralnie zlekcewazony.
Mysle ze bede musial poszukac jakiejs prywatnej kliniki zeby ni pamietac
do
konca zycia tego wypadku.
Po dniu dzisiejszym wyrobilem sobie opinie na kilka tematow:
- placmy lekarzom wiecej to beda pacjentow traktowac jeszcze bardziej "z
gory".
- Polak nawet niewielkie urazy pamieta do konca zycia.
- Jesli w Polsce zachorujesz to umrzesz chyba ze zatroszczy sie ktos z
rodziny.
Szkoda ze nie zapamietalem pozostalych nazwisk chetnie bym je podal.
Przepraszam za to ze zasmiecam liste ale jest to jedyny sposob zeby ktos o
tym uslyszal.
PS: zna ktos adres jakiejs porzadnej kliniki w Trojmiescie ?
--
Mariusz Zielinski
Użytkownik Jerzy Zamojski <za@platon.man.lublin.plnapisal
Witaj!
Jestem anestezjologiem, kieruje OIT oraz Izba Przyjec I Pogotowiem MSWiA w
Lublinie. U nas obsluga bylaby identyczna pod wzgledem fizycznym, z
pewnosci
lepsza jezeli chodzi o traktowanie pacjenta. Transport do domu we wlasnym
zakresie, nie przysluguje Ci w ramach ubezpieczenia. Przykro mi czytac
Twoje
uwagi, fakt, ze Sluzba Zdrowia ma ciezko/a ma/ , nie upowaznia nas do
takiego
traktowania pacjenta. Zycie istotnie podpowiada nam, ze jezeli
poszkodowany
zglasza
sie po kilku godzinach, to przyczyna jest alkohol - uwierz, tak jest
naprawde.
Balem sie pojawic na izbie przyjec w nocy. Bylem zmeczony i wrecz balem
sie sposobu w jaki zostane potraktowany. Moze nie bylo to myslenie
racjonalne ale nie chcialem siadomie skazywac sie na cierpienie. Jesli byl
by to sposob w jaki zostalem potraktowany rano to niestety moje obawy
potwierdzily by sie.Nie dal bym rady zatroszczyc sie o siebie i
prawdopodobnie musialbym spac na korytarzu w szpitalu oczekujac na pomoc.
Zachowywalem sie zupelnie grzecznie - odpowiadalem tylko na pytania wiec
nie wiem dlaczego zostalem potraktowany zlosliwosciami.
Tyle bezstronnie. Sprawdz, czy ustawienie odlamow jest OK - koniecznie!
/via
lekarz
rodzinny i poradnia chirurgiczna/.
Zlamanie jest niegrozne - bez odpryskow i przemieszczen. Moja zlosliwa
reakcje spowodowal ten nieszczesny gips, ktory zaslanial mi cale cialo od
pasa w gore, odslaniajac tylko prawy bark. Utrudnial mi oddychanie bo
uciskal brzuch; wisial na lewym barku powodujac bol itd. itp. Jedynym
akceptowalnym ulozeniem ciala bylo siedzenie w zgarbionej pozycji i
podtrzymywanie ciezkiego gipsu oparciem od krzesla - stad zajalem sie
komputerem ...
Pozwole sobie wykorzystac Twojego maila do celow szkolenia wlasnego
personelu.
Chcialbym powiedziec ze najbardziej w czasie obslugi brakowalo mi osoby,
ktora poswiecila by mi troche czasu. Zajmowalo sie mna kilka osob na
przemian. Jesli byla by to jedna mogla by sie skupic na tym co mi jest;
poczul bym sie jak u lekarza a nie jak w fabryce. Mysle ze wtedy ktos
powiedzial by mi ze to sa najtansze metody leczenia i poinformowal o
alternatywach. Stac mnie na wydanie 300-400 zlotych ale nie wiedzialem ze
mam inne mozliwosci. Mysle ze lekarz wiedzac wiecej na temat medycyny
powinien poinformowac pacjenta o mozliwosciach.
Pozdrawiam i zycze duzo zdrowia :)
Gdybym mogl Ci w czyms doradzic, pisz smialo!
Jesli chcesz popracowac troche dla dobra pacjenta, umow sie na rozmowe z
szefem Izby Przyjec (zadzwon, porozmawiaj, z pewnoscia bedziesz mogl sie
spotkac, pomozesz mu w pracy!)
Pozdrawiam raz jeszcze.
JZ
Dziekuje za cieple slowa. Moj problem zostal rozwiazany dzieki pomocy
lekarzy ze szpitala wojewodzkiego. Powiedzial mi w jaki inny sposob moge
usztywnic bark bez uzycia gipsu. Dalszego leczenia nie pokrywalo
ubezpieczenie ale wiedzialem co mam robic :))) dla mnie naprawde nie jest
wazne ile musze za to zaplacic; poki mnie stac nie bede zalowal ani grosza
na wlasne zdrowie a od lekaza oczekuje tylko podpowiedzenia mi co moge bo
przeciez sam nie wiem (nie jestem lekarzem :) )
Pana pacjenci napewno czuja ze CHCE im pan pomoc. Teraz wiem dlaczego
wazna jest poprawa sytuacji w sluzbie zdrowia.
-gdzie jest szpital, tzn. gdzie zglosic sie z jakas nagla awaria?
szpitali jest u nas kilka - wybierz sobie co potrzebujesz - proponuje
poszukać w książce telefonicznej, lub gazecie (chyba że masz internet :P )
-gdzie jest szpitalny oddzial okulistyczny, zeby zglosic w razie naglych
problemow z okiem?
nagłe problemy z okiem - na ostry dyżur okulistyczny informacje znajdziesz
jak wyżej (np.
Klinika Okulistyki
ul. Chałubińskiego 2a, 50-368 Wrocław
tel.: sekretariat (48 71) 327-09-47
tel.: rejestracja 327-09-48
W strukturze organizacyjnej Kliniki znajduje się:
* Oddział Okulistyczny Pooperacyjny I
* Oddział Okulistyczny Pooperacyjny II
* Oddział Okulistyczny Dziecięcy
* Blok Operacyjny
* Izba Przyjęć z Ambulatorium
* Poradnia Okulistyczna
* Poradnia Okulistyczna dla Dzieci
* Poradnia Leczenia Jaskry
* Poradnia Leczenia Zeza
* Sala Zabiegowa
* Pracownia Angiografii Fluoresceinowej
* Pracownia Badań Elektrofizjologicznych oka
* Pracownia Laseroterapii
* Pracownia Pola Widzenia
* Pracownia USG
* Pracownia Badań i Leczenia Rogówki
a tak wogole jakiego okuliste we wroclawiu polecacie?, chodzi mi o kogos
naprawde znajacego sie na tym co robi(bo z roznymi mialem juz do czynienia).
zalezy mi na tym zebym mogl sie do niego normalnie zarejestrowac tego samego
dnia co musze isc badz dzien/dwa przed jezeli akurat kolejki beda
(oczywiscie wiem z NFZ nie ma szans, szukam raczej prywatnie).
Ilu mieszkańców - tyle opinii
i jeszcze jedno pytanie, bede musial wybrac lekarza pierwszego kontaktu,
polecacie kogos konkretnego?, dobrze jakby przyjmowal gdzies w centrum( a
najlepiej na kosciuszki :)).
Skąd tu jedziesz do nas ?
W mieście przychodni i lekarzy jest od groma. A kościuszki jest długa jak
jasny gwint. Znajdziesz coś nieopodal.
A jesli chodzi o kogoś konkretnego, to zależy czy potrzebujesz skierowania,
porady, herbatki, czekania, czy "wyleczenia"... tych ostatnich - nie znam
Izba Przyjęć rozpoczyna się podwodnym światem śródziemnomorskim, są
tam przedstawienia ryb z wielokolorowymi płetwami. Malowanie, czy
inaczej, kreowanie wnętrza jest oparte na nauce zwanej psychologią
aranżacji wnętrz oraz na podstawie zasad związanych z psychologią
koloru. Malując Izbę Przyjęć użyłem kolorów, które są nawiązaniem do
stroju lekarzy i pielęgniarek w Centrum Zdrowia Dziecka: a więc
turkusu i różu. Tym sposobem chciałbym, żeby dzieci oswoiły się ze
strojami personelu medycznego, a poprzez to z konkretnymi lekarzami i
pielęgniarkami. Wiele osób zadawało mi pytanie, dlaczego jest tam
smutny wieloryb. Przygnębiona postać wokół wesołych jest odniesieniem
do miejsca w którym jesteśmy - szpitala. Mamy, na pytanie dziecka,
dlaczego wieloryb jest taki smutny, odpowiadają: jest smutny bo jest
chory, ale w około jest tyle wesołych, szczęśliwych rybek. Chciałem
tutaj odwołać się do potrzeby pozytywnego myślenia, do nadziei, że
będzie dobrze, że nawet smutne zwierzątka wyzdrowieją i zaczną się
uśmiechać. Staram się, by prace, które wykonuję miały charakter nie
tylko artystyczny, psychologiczny, ale też edukacyjny; dzieci uczą się
kolorów, postaw doboru kolorystyki i form plastyki, a także optymizmu.
W dalszej części Izby jest łąka leśna ze śpiewającymi ptakami, ale co
śpiewają, to nie wiem, bo się na nutach nie znam.
Z jakimi reakcjami spotyka się Pan w trakcie pracy?
Gdy maluję, najczęściej mam na uszach słuchawki i słucham muzyki.
Bardzo często przepływa piosenka Tomka Makowieckiego âźSpełni się". I
wierzę, że choroba dzieci po prostu minie jak sen. Często widzę i
bardzo się cieszę, że moja praca daje dzieciom uśmiech. Słyszę wiele
pozytywnych słów, miło jest pracować jak obok ktoś szczerze się
uśmiecha. Co innego jest wywołać śmiech, a co innego uśmiech - uśmiech
dzieci jest widoczny - i to jest bardzo piękne. Ja tę pracę bardzo
lubię, traktuję bardzo poważnie, to moja pasja, którą rozwijam i dążę
do tego, by moje prace były jak najlepsze z punktu widzenia procesu
hospitalizacji.
Jak dobiera Pan postaci do danego miejsca?
To zależy od miejsca. W trudnych oddziałach np. onkologicznych
stosowałem postaci nieznane z bajek, ponieważ dzieci, które spędzają
wiele czasu w szpitalach, bohaterów bajkowych bardzo dobrze znają.
Wówczas maluję postaci, które razem z dziećmi wymyślimy i stworzymy, i
które nie są fikcyjne, ale prawdziwe. Takim projektem był projekt w
Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka i Matki. Chciałem, żeby to była
zupełnie nowa postać, taki patron oddziału,. Rozmawiałam z dziećmi,
jakie zwierzęta lubią, potem jeździłem do zoo i poznawałem te
zwierzęta, dowiadywałem się ile ma lat, jak się nazywają, co
śmiesznego robią, czy mogę je dotknąć itd. Fotografowałem zwierzaka,
robiłem jego profil psychologiczny - i moje informacje przekazywałem
pacjentom. I oni zaczynali czuć, że to zwierzę żyje, że ono jest.
Dzieci wówczas chcą same pójść do zoo, zobaczyć je na własne oczy -
mają kolejną motywację do zdrowienia. Tak właśnie powstała postać
żyrafy - Kamila, którego dzieci poznają na oddziale, a potem chcą
zobaczyć w zoo. Często maluję postaci z bajek - pytam dzieci, które
zwierzątka bajkowe lubią najbardziej, najczęściej jest to Kubuś
Puchatek.
Od kiedy zajmuje się Pan się tą działalnością?
Premierowym projektem były Motylkowe Szpitale w kwietniu 2000 r.
Zostałem zaproszony do stworzenia rysunków w oddziale okulistycznym
szpitala przy ul. Niekłańskiej w Warszawie. Wówczas zastosowałem
realistyczne niebo z konturowym przedstawieniem motyli i pszczół;
głębia barw, kontur, kontrast są swoistą kuracją dla oczu. Następnie
były kolejne projekty, realizowane z rożnymi fundacjami. Często
współpracuję z fundacją Uśmiech Dzieciom, również Izbę Przyjęć w CZD
zrealizowałam z tą fundacją. W sumie wykonałem ok. osiemdziesiąt
projektów. Można powiedzieć, ze mieszkam w szpitalach od wielu lat.
Jest to bardzo miła, fajna, przyjemna praca, uwielbiam ją. Ale czasem
są również niedogodności - ciągła nieobecność w domu. Moją pracę mogę
porównać do trasy koncertowej - wciąż gram gdzie indziej, a moimi
instrumentami są pędzle i farby.
U mnie tak, jak u Ciebie. Masz numerek, a i tak zawsze przyjdzie ktoś, kto
"tylko na chwilę", "tylko po receptę", "w ciąży", "schorowany"... IMO
jedyna rada (poza zmianą przychodni ;) to walczyć, walczyć i jeszcze raz
walczyć. Nie ustępuję paniom z dziećmi, nie ustępuję emerytom, ani nagłym
przypadkom, od których jest izba przyjęć... nikomu. Wredne?
wiem, ze najprosciej by bylo jakby nie bylo wyjatkow, ale tak sie niestety
nie da - nie unikniesz tego :(
ot dla przykladu: siedzisz w poczekalni i nagle ktorys z pacjentow mdleje -
oczywiste ze wymaga interwencji natychmiastowej - bo to wyjatkowa
sytuacja...
po kolei:
- "tylko na chwilę" - przykro mi, ja tez tylko na chwile
- "tylko po receptę" - przykro mi, prosze poczekac na swoja kolej
- "w ciąży" - to akurat rozumiem i taka osoba powinna wejsc bez kolejki
- "schorowany" - przykro mi, zapewne schorowany nie bardziej niz inni
- "matka z dzieckiem" - ta przychodnia to akurat dziecieca wiec tam same
matki z dzieckiem :) - ale ogolnie - nie mozemy robic czegos takiego bo
matki zaczna zabierac dzieci ze soba po to by wejsc bez kolejki - wiec
podobnie - czeka na swoja kolejke
wiec w sumie, albo przypadek bardzo wyjatkowy, albo stan wyjatkowy (ciaza),
reszta jak dla mnie kategoryczna odmowa
I CO NAJWAZNIEJSZE: ja nie chce by ktos "kisil ogora" pod gabinetem 2
godziny, po prostu jak przyjdzie na swoj czas(wiadomo, ze wg numerkow
poslizg +-15 min to minimum) to nie bedzie czekal dluzej niz pol godziny.
ALE:
- jesli pacjent z numerem 1 zamiast przyjsc na osma rano przyjdzie o 10-tej
i oczekuje ze wejdzie od razu bo ma najnizszy numerek to powinien sie grubo
mylic = czyli sorki - twoj czas minal, "kazdy swoje 10 minut ma" ... i albo
nie przyjety wcale albo ostatni - wydaje mi sie ze gdyby sie tak przejechal
to nastepnym razem na pewno bylby punktualny
to co mnie boli najbardziej to fakt, ze lekarzy malo to niestety zazwyczaj
obchodzi ... - nie mam im tego nawet za zle, bo w sumie maja zdecydowanie
wazniejsze sprawy na glowie i chce by zajmowali sie leczeniem pacjentow i
swoja uwage koncentrowali glownie na tym, a nie na pilnowaniu porzadku ...
dlatego chce znalezc rozwiazanie, ktore ten porzadek zagwarantuje w wiekszym
stopniu (w zdecydowanie wiekszym stopniu) niz numerki ...
a to co mnie wkurza najbardziej to przedstawiciele firm farmaceutycznych
ktorych kolejka nie obowiazuje i laduje sie zawsze w ekstra gajerku z ekstra
walizeczka pelna ekstra specyfikow ... - szkoda ze nie ma do tego celu
przeznaczonego ekstra czasu - tylko wykorzystuje sie nasz - czas pacjentow
Jepic
Szpitalny czarodziej z pędzlem 2008.05.19
Pomalował oddziały dziecięce w 80 szpitalach całej Polski. Teraz
odwiedził Poznań. Mali pacjenci z ul. Szpitalnej podziwiają już
kolorowe ściany pomalowane przez artystę Macieja Kota
undefined
Do malowania ścian oddziału pediatrii artysta Maciej Kot zaprosił
poznańskiego rapera Mezo (na zdj. po lewej) (fot. Maciej Kot)
Przez tydzień po kilkanaście godzin dziennie malował kolejne ściany w
oddziale pediatrycznym szpitala przy ul. Szpitalnej. Ale to nie
pierwsza jego inicjatywa tego typu. Izby przyjęć, sale szpitalne,
oddziały pediatryczne i onkologiczne czy nawet paliatywne - ze swoimi
farbami i pędzlami Maciej Kot zajrzał do kilkudziesięciu większych i
mniejszych polskich szpitali. Pomalował już kilkadziesiąt kilometrów
ścian.
Uwielbia wodę
Wesołe koniki morskie, kolorowe rybki i błękitne fale znalazły się na
ścianach poznańskiego oddziału. Jasne kolory od razu poprawiają humor.
- Na 30-lecie Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie malowałem centralną
izbę przyjęć w motywy ze świata wodnego, podobne do tych, jakie
wykorzystałem w Poznaniu - opowiada "Echu Miasta" Maciej Kot. Sam
kocha wodę. - Wiele dzieci poważnie chorych najpierw przebywa na
oddziale np. w poznańskim szpitalu, a później trafia na zabiegi do
Centrum Zdrowia Dziecka. Dzięki temu, że w Poznaniu i Warszawie
przywita ich podobnie pomalowana izba przyjęć, będą się czuły
bezpieczniej, ponieważ pojawi się wrażenie, że znają to miejsce -
wyjaśnia Kot.
Maluje z gwiazdami
Od 8 lat jeździ po Polsce i realizuje swoje projekty, rozweselając
chore dzieci w całym kraju. Na początku wziął udział w akcji
"Motylkowe Szpitale" zainicjowanej przez fundację byłej prezydentowej
Jolanty Kwaśniewskiej. Ale nie poprzestał na tym. Projekt "Dziecięcy
świat w kolorach" artysta realizuje w kolejnych szpitalach dzięki
Śnieżce. - Szpital nie kojarzy się nikomu z niczym miłym, a zwłaszcza
dzieciom. Jednakowe białe lub pistacjowe ściany jeszcze bardziej
przygnębiają pacjentów. Tymczasem, malując, widzę, jak kolorowe wzory
uspokajają dzieci, które przyjmowane są na oddział - mówi artysta. -
Ojej, ale fajne - powiedział przy nas mały Patryk, który do szpitala
trafił z mamą.
Wraz z Maciejem Kotem ściany malują również znani muzycy. - Ostatnio
towarzyszył mi Wojtek Lala Kuderski z zespołu Myslovitz czy Mietall
Waluś z Negatywu - opowiada Kot. W Poznaniu w malowaniu kolorowych
wzorów pomagał raper Mezo. - Wspaniała inicjatywa - skomentował muzyk,
malując kolorową głowę kota.
Lidia Mamys,